lipca 09, 2020

MOJE MELBOURNE, czyli podróż-wspomnienie do miasta dzięki, któremu jestem teraz tu.


           Pobyt w Melbourne był punktem zwrotnym w moim życiu. To właśnie ten wyjazd popchnął mnie w stronę mojej ukochanej kuchni azjatyckiej. 






Do Australii wyjechałam pod koniec 2014 roku. Chodziłam tam przez pół roku do szkoły, pracowałam jako kelnerka w dwóch restauracjach i jadłam, jadłam, jadłam w znakomitych knajpach azjatyckich! Dostęp do tak dużej ilości zróżnicowanych barów i restauracji na świetnym poziomie sprawił, że zaczęłam się na poważnie interesować tym, co jem. Tam poznałam kuchnię koreańską oraz malezyjską i o dziwo, też częściowo japońską, bo choć byłam wcześniej w Japonii, to właśnie w Melbourne zjadłam po raz pierwszy japoński ramen, który naprawdę skradł moje serce.









Chciałabym Was zabrać w podróż po Melbourne takim, jakie zapamiętałam: sprzed sześciu lat i pokazać knajpy, dzięki którym robię teraz coś, co kocham i piszę tu do Was.

Jeśli wybieracie się do tego niezwykłego miasta na południu Australii, koniecznie sprawdźcie te miejsca (choć na pewno wiele się tam zmieniło przez ten czas i nie wiem jak te restauracje wypadają dziś na tle innych, to w mojej pamięci były to najlepsze miejsca w mieście). Wtedy jeszcze robiłam zdjęcia tylko hobbistycznie, telefonem, dlatego mogą czasem nie oddawać zapamiętanej pyszności, ale uwierzcie mi, że smakowało rewelacyjnie!







MOJE JEDZENIOWE MELBOURNE:


  • Mook Ji Bar — przyciągnięta kolejkami Koreańczyków, czasem nawet do godziny czekania, postanowiłam też odstać swoje — to był strzał w dziesiątkę. Potem stałam w tej kolejce jeszcze wiele razy! To był mój początek przygody z jedzeniem koreańskim — to tam zjadłam moje pierwsze w życiu bulgogi, w dodatku w wersji z kalmarami! Pierwszy hot pot koreański, w którym makaron udon mieszał się z kluskami instant i owocami morza w ostrej i gorącej zupie. Pierwsze KFC (Korean Fried Chicken), do tego z rozpływającym się, zapieczonym serem na wierzchu. Pierwsze tteokbokki, czyli gumiaste kluski ryżowe w ostrym, czerwonym sosie, a jako przystawki zawsze podawane były piklowane warzywa oraz małe rybki z miseczką ryżu. Ta niezwykła, ostra i zróżnicowana kuchnia stała się jedną z moich ulubionych podczas tego pobytu.






  • Tina’s Noodle Kitchen — to miejsce z gigantycznymi, syczuańskimi zupami, które po prostu uzależniają. Moją ukochaną była z piklowanym chilli i owocami morza — ostry pieprz syczuański, od którego mrowieje język, niemal wrząca zupa i znakomite świeże dodatki — ten smak pozostał ze mną na długo, wiele razy próbowałam go odtworzyć, niestety do dziś mi się to nie udało. 





  • Little Coconut House — czyli moja przygoda z kuchnią malezyjską. Ta mała knajpka specjalizowała się w zupach Laksa — kremowych, tonących w mleku kokosowym i lekko pikantnych, z dwoma rodzajami makaronu, owocami morza i kulkami rybnymi. Nigdy potem nie zjadłam już tak pysznej Laksy, nawet gdy byłam w Malezji (co prawda mój pobyt tam był bardzo krótki i nie zdążyłam odszukać tak dobrej knajpki i może  to jest przyczyną, a być może, po prostu, smak pierwszej Laksy tak bardzo wbił się w moje serce, że nic już nie było w stanie go zastąpić).






  • Pho Bo Ga Mekong Vietnam — to było moje ulubione Phở w Melbourne — z dużą ilością świeżych ziół, świeżą tajską bazylią i kiełkami. Jadłam tam przeróżne rodzaje Phở, na przykład z podrobami, z których moimi ulubionymi były z sercami lub z wątróbkami kurzymi. To połączenie bogatego, lekko tłustego bulionu z makaronem ryżowym, przełamanego orzeźwiającą tajską bazylią i świeżymi kiełkami było dla mnie idealnym połączeniem!





  • Shanghai Street — czyli mała chińska restauracja słynąca z pierożków i ręcznie wyciąganego makaronu. Zawsze trzeba było stać chwilę w kolejce, ale było warto. Ja pokochałam ich wegetariańskie pierożki z bulionem i kluskami. Niestety wtedy nie miałam jeszcze takiej wiedzy o jedzeniu i moje wybory były trochę „wyborami po-omacku” — smakowało mi to, wcinałam; teraz żałuję, że nie dowiedziałam się, co dokładnie znajdowało się w ich farszu, bo chciałabym bardzo odtworzyć ten smak (wydaje mi się, że chyba szpinak wodny z jakimiś magicznymi składnikami).







  • Little Ramen Bar — tuż obok Shanghai Street, była kolejna malutka knajpka, tym razem z japońskim ramen. Tu urodziła się moja miłość do tej bogatej i kremowej zupy. Ramen jadłam już wcześniej w Japonii, niestety zupełnie nie wiedziałam czym się kierować w wyborze tej zróżnicowanej zupy; myślałam, że każdy ramen jest podobny, ale jednak nie! Jedzenie w  pierwszym lepszym Ramen Barze skończyło się porażką, ponieważ nie trafiłam zupełnie ze swoim wyborem — za dużo mięsa, zbyt tłusto i mdło. Zraziłam się i uznałam, że jest to zupa jedynie dla wielkich miłośników tłustego mięsa i ja nie mam tu czego szukać dla siebie. Na szczęście Little Ramen Shop odmienił moje zdanie na temat tej wyrafinowanej smakowo potrawy. Ich Miso Ramen, był kremowy, bogaty w smaku i pyszny, a kluseczki cieniutkie i sprężyste, to była miłość od pierwszego siorbnięcia






  • Hakata Gensuke — kolejna restauracja z rewelacyjnym ramenem, niestety kolejki były zawsze na ok. godzinę czekania…. Jadłam tam czarny ramen, z czarnego sezamu i był niesamowity! To chyba był najlepszy ramen w Melbourne, ale te kolejki… 





  • Kolejne miejsce, o którym muszę wspomnieć to Gong Cha — jest to sieciówka z Bubble Tea — a ja kochałam ich mleczne herbaty z tapioką, moją ulubioną była oczywiście matcha i taro (filetowa mleczna herbatka ze słodkiego kuzyna ziemniaka (kolokazja jadalna)). Musiałam wspomnieć o tym miejscu, bo ma dla mnie szczególną wartość sentymentalną. Gong Cha było małym okienkiem, na wynos, na Swanston Street, więc razem z moją kumpelą Jenny brałyśmy ich Bubble Tea (oczywiście rozmiar XXL) i siadałyśmy na Bourke Street Mall. Najczęściej pod gigantycznym sklepem H&M, do którego wielkie betonowe schody zapełniały się ludźmi, którzy tak, jak my przesiadywali tam, jedli, pili, spędzali czas ze znajomymi, wsłuchując się i oglądając występny ulicznych muzyków. Tak właśnie pierwszy raz usłyszałam Tash Sultana, bardzo szybko stałam się jej fanką, na szczęście Tash grała tam niemalże codziennie, a ja kochałam Bubble Tea. I tak właśnie te schody w centrum Melbourne i bogate życie wokół nich — smaki, muzyka i ludzie zapisały się w mojej pamięci jako jedno z najcieplejszych wspomnień, doznań i obrazów. 


 Tash Sultana grająca na Bourke Street Mall.







  • Noodle Kingdom — to knajpa, jak sama nazwa wskazuje, z azjatyckimi zupami i kluseczkami. Muszę wspomnieć o tym miejscu, bo choć jedzenie było raczej… przeciętne, to restauracja była otwarta całą noc i nie raz uratowała mnie o 2—3 nad ranem, kiedy wychodziliśmy z klubów. W Australii kluby, na ogół, otwarte są do 3, na szczęście niektóre knajpy działają dłużej! ;)






  • Lentil as Anything Melbourne — to ostatnie, ale bardzo ważne, miejsce, o którym chciałabym opowiedzieć. Pomysł na tę restaurację powstał z marzenia, jakie miał Shanaka Fernando dla swojej lokalnej społeczności 20 lat temu. W 2000 roku założył on pierwszy Lentil As Anything (obecnie są cztery w Australii). Jest to miejsce, które daje jedzenie każdemu, kto przyjdzie (nawet bez pieniędzy). Restauracja ta serwuje dania wegetariańskie i wegańskie, posiłki wydawane są o konkretnych porach, więc  trzeba ustawić się w kolejce (czasem nawet po parę godzin czekania). Miejsce to funkcjonuje dzięki darowiznom, pracy wolontaryjnej wielu osób oraz idei „płacić, ile chcesz”, czyli płatności według stanu kieszeni, a nie cennika. Ruch przez nich stworzony, czyli Pay-As-You-Feel, wpłynął na wiele organizacji i społeczności, które wyznają podobne idee. W roku 2007 Shanaka dostał nagrodę Australia’s Local Hero/Social Challenger podczas rozdania nagród Australian of the Year. Lentil As Anything to niezwykłe miejsce opierające się na prospołecznej zasadzie posiłku dla każdego oraz idei, by dzielić się jedzeniem, tworzyć i współpracować, dbać o innych, szczególnie o słabszych, poza wszelkimi barierami i podziałami społecznymi i ekonomicznymi.






Dzięki tym wszystkim niezwykłym miejscom zyskałam zupełnie inne spojrzenie na znaczenie posiłku oraz jego społeczną i kulturową rolę. Inaczej spojrzałam na świat – poprzez kuchnie, które łączą ludzi ponad podziałami, różnicami, kulturami i kontynentami. 

Dziękuję, że byliście ze mną w tej podróży-wspomnieniu, mam nadzieję, że odwiedzicie, któreś z wymienionych miejsc, a jeśli nie, to chociaż nabierzecie smaka, żeby zjeść pyszne koreańskie jedzenie, dobry ramen lub zastanowicie się chwilę nad niezwykłą ideą Lentil As Anything, słuchając Tash Sultana.






















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz