NOCNY MARKET 🥢 Street Food z Całego Świata w Warszawie — jak go liznąć i się nie poślizgnąć.

września 05, 2020

NOCNY MARKET 🥢 Street Food z Całego Świata w Warszawie — jak go liznąć i się nie poślizgnąć.


                    Nocny Market jest miejscem kultowym. Znajduje się w Warszawie na starym Dworcu Głównym, który w czasie sezonu przekształca się w food-market pełen kolorowych świateł i neonów oraz stoisk z pysznym jedzeniem. W miejscu tym można spróbować potraw z całego świata od aromatycznej kuchni azjatyckiej, przez kuchnię meksykańską, amerykańskie burgery, włoską pizzę, wschodnie pierogi i skandynawskie przysmaki, aż po nowoczesną kuchnię fusion.


 




Koniec września to zakończenie sezonu Nocnego Marketu na Głównym.


Z tej okazji przygotowano coś specjalnego — "Tego na Nocnym jeszcze nie było! We wrześniu będziecie mieć niepowtarzalną okazję uczestniczenia w czymś szczególnie wyjątkowym. Na Towarowej 3, powstaje NEO(N) BISTRO!".

Co czwartek, przez cały Wrzesień część marketu przekształca się w bistro, gdzie serwowane będą kolacje pod gwiazdami". Jest to niesamowita okazja, by móc spotkać i zobaczyć znakomitych szefów kuchni w akcji!

Ja wybieram się na kolację z Szefem Kuchni, którego pracę podziwiam już od dawna — Kohei Yagi (we współpracy z Shiso Ramen) 10 września przygotuje kolację — Ramen Set Menu.
Już nie mogę się doczekać!





Bardzo serdecznie zapraszam też do zobaczenia mojego filmu o Nocnym Markecie!














MÓJ NOWY JORK, czyli jak 17 lat temu poznałam Azję w Ameryce.

lipca 10, 2020

MÓJ NOWY JORK, czyli jak 17 lat temu poznałam Azję w Ameryce.



          Nowy Jork to kolejne miejsce na mapie świata, które miało bardzo duży wpływ na mnie i moje jedzonkowe zainteresowania. 




MoMA 2019


          Do Nowego Jorku, wyjechałam po raz pierwszy w 2003 roku. Najpierw, pojechałam na wakacje do Norwegii, do pracy sezonowej (zbierałam truskawki) i w ten sposób zarobiłam na mój pierwszy bilet do Stanów. Dużo słyszałam opowieści o Nowym Jorku, choć o dziwo głównie nieprzychylnych: że jest tam brudno, że śmierdzi, że są szczury w metrze, że nie ma słońca na ulicach przez zasłaniające je wieżowce. Była to moja pierwsza samodzielna, prawdziwa podróż poza Europę i zupełnie nie wiedziałam, czego się spodziewać, ale zaraz po przyjeździe zakochałam się w tej betonowej dżungli. 


2003 - dzień wyjazdu:)




          W Nowym Jorku mieszka Kasia, moja mama chrzestna, to właśnie do niej pojechałam w odwiedziny za pierwszym razem i to właśnie ona pokazała mi to niezwykłe miasto. Dziś Kasia mieszka w sercu miasta, koło Central Parku, wtedy jednak mieszkała w zupełnie innej części — na północy Manhattanu — tam był zupełnie inny klimat niż artystyczne Soho, czy biznesowy Down Town. Dzielnica latynoska — pełno ludzi na ulicach, dzielnica tętniąca życiem, mieszkańcy siedzieli na schodkach pod domami, uśmiechali się do siebie, żartowali, zagadywali, jedli i pili — jedna wielka wspólna impreza na ulicy — to był czad. Prawdziwą miłością do Nowego Jorku zapałałam, jednak kiedy Kasia zabrała mnie po raz pierwszy na południe Manhattanu, żeby pokazać mi Chinatown. Zaprowadziła mnie do jednej ze swoich ulubionych restauracji, która szybko stała się także moją ulubioną, (odwiedzałam tę knajpę za każdym razem, kiedy przyjeżdżałam do Nowego Jorku, ale niestety, kiedy przyjechałam tam trzy lata temu, okazało się, że miejsce to już nie istnieje). To tam po raz pierwszy zjadłam prawdziwe chińskie jedzenie. Byliśmy w tej restauracji w kilka osób, każdy zamawiał coś innego, dzieliliśmy się i smakowaliśmy wszystkie potrawy: mogłam dzięki temu spróbować kilku różnych dań! W Nowojorskim Chinatown po raz pierwszy spróbowałam również Bubble Tea i choć na początku byłam lekko w szoku, jak można coś takiego pić (pić i przeżuwać w tym samym czasie!), to z każdym kolejnym łykiem smakowała mi coraz bardziej. Tam też pierwszy raz spróbowałam jedzenia chińskiego na wynos i choć pewnie teraz ten smak mniej przypadłby mi do gustu, to wtedy było to dla mnie coś niesamowitego, że można zamówić z dostawą do domu takie świetne jedzenie! Pamiętam do dziś, ten smak azjatyckich dań takeaway — zaczarował mnie na zawsze — to były krewetki z orzechami nerkowca i chrupiącymi warzywami na ryżu! Tam też po raz pierwszy też spróbowałam lodów Chocolate Chip Cookie Dough — Oh-My-God! — co to był za smak! Do teraz zdarza mi się je zjeść, pomimo tego, że mój gust trochę się zmienił i obecnie wydaje mi się jakbym jadła cukrową ulepkę, to warto czasem wrócić do tego wspomnienia. Moja mama chrzestna poczęstowała mnie też amerykańską mrożoną kukurydzą z masłem i solą – tak, to był szok! Nie była to kukurydza w kolbie, ale nie smakowała też jak kukurydza z puszki, była prosta w przygotowaniu a taka smaczna. Taką mrożoną kukurydzę można kupić też w Makro, jeśli jeszcze nie próbowaliście jej w takiej wersji, to sprawdźcie koniecznie.


2003 -  jedyne zdjęcie, jakie znalazłam z tego wyjazdu,
 niestety nie bardzo oddaje klimat miasta XD




          Nowy Jork był marzeniem, czułam się jak dziecko, które jest pierwszy raz w sklepie z zabawkami, chciałam tam zostać na zawsze, chciałam tam zamieszkać i choć wtedy nie do końca zdawałam sobie z tego sprawę, to właśnie jedzenie najbardziej mnie oczarowało, to ono sprawiło, że to miasto na zawsze zostanie w moim sercu. 

Lato 2006




          Od tego czasu w Nowym Jorku byłam jeszcze kilka razy, (potem zaczęłam zwiedzać inne zakątki świata i kilka lat mnie tam nie było). Ostatni raz przyjechałam rok temu i to właśnie na podstawie mojej ostatniej wizyty zrobię mini przewodnik, co jadłam i co polecam zjeść na Manhattanie. Jeśli śledzicie mój Instagram, to pewnie już te miejsca znacie (jeśli jeszcze nie znacie mojego Insta, to bardzo serdecznie zachęcam do odwiedzenia mnie i zostania na dłużej). 






MÓJ JEDZENIOWY NOWY JORK:


  • Noodle Village — to knajpka w samym sercu Chinatown, słynąca jak sama nazwa wskazuje z kluseczków. Ich specjalność to zupy z makaronem i pierożkami (są do wyboru dwie wielkości zupy), pierożki robione są na miejscu, mają bardzo duży wybór smaków (i kolorów 😉), makaron też jest robiony przez nich, kluski są bardzo długie i cieniutkie, takie jak lubię najbardziej. 





  • Shu Jiao Fu Zhou Cuisine Restaurant Inc. — tu serwuje się jedne z najlepszych i najbardziej znane kluski z masłem orzechowym w Nowym Jorku. Mała i niepozorna knajpka usytuowana na skraju Chinatown serwuje to proste danie za jedynie 2 dolary. Byłam trochę sceptycznie nastawiona do tej potrawy, a jednak pozytywnie się zaskoczyłam, makaron był bardzo lekki, nie sklejał się, a zarazem był obtoczony w smakowitym lekko ostro-słodkawym sosie orzechowym. Innym flagowym i bardzo polecanym daniem z karty są ręcznie robione pierożki z wieprzowiną i szczypiorkiem, ciasto jest cienkie i delikatne, farsz wyrazisty i bardzo dobry, a cena również bardzo przyjemna — danie kosztuje także 2 dolary.





  • Junzi Kitchen — to nowoczesna Chińska restauracja typu Fast Food. Ich założenie jest proste: ma być swobodnie, szybko i świeżo. W myśli chińskiej Junzi 君子 oznacza uczciwość, empatię i ciekawość — jest to również filozofia knajpy, którą starają się kierować we wszystkim co robią: od przygotowywana jedzenia, do tego, jak odnoszą się do świata. Zamówienia składane są przy kasie, można samemu wybierać elementy potrawy: rodzaj makaronu, ulubione składniki i dodatki, a na końcu pyszny sos. 





  • Joes Steam Riceroll — Na Nowojorskim Canal Street Market w Chinatown, można zamówić to niezwykłe danie. Rice Roll wygląda niepozornie, podawany jest na styropianowym talerzu i kosztuje 8 dolarów. Potrawa wygląda skromnie, natomiast smakuje niesamowicie — jak aromatyczna chmurka — ciasto ryżowe jest cieniutkie i rozpływa się w ustach, a pomiędzy warstwami ciasta znajdują się idealnie dobrane dodatki.






  • NONONO Ramen — jest to restauracja na centralnym Manhattanie, ceny są wyższe i lepiej zarezerwować stolik, bo można stać w kolejce. Założeniem miejsca jest Ramen & Izakaya (czyli duży wybór przystawek, głównie szaszłyków yakitori). Ich ramen był bardzo dobry, gęsty i bogaty w smaku, a makaron cienki i lekko twardawy. Zasada funkcjonowania kuchni w tej restauracji bardzo przypadła mi do gustu — wykorzystują oni wszystkie elementy całego kurczaka, dzięki temu nic się nie marnuje — z mięsa powstają yakitori, a z kości baza pod ramen. 






  • Russ and Daughters — To miejsce z niezwykłą historią sprzedające przepyszne bajgle i kanapki z wędzonymi rybami. Od ponad 100 lat Russ & Daughters jest częścią historii Nowego Jorku oraz jednym z pierwszych miejsc z  żydowskim jedzeniem w Ameryce. W 1907 r. Joel Russ wyemigrował do Stanów Zjednoczonych ze Strzyżowa w Polsce. Zaczął sprzedawać śledzie z beczki, tłumnie migrującym do Stanów, wschodnioeuropejskim Żydom, na Lower East Side. W 1914 r. otworzył swój pierwszy sklep, który w 1920 roku przeniósł na 179 East Houston Street, gdzie znajduje się do tej pory. W pracy pomagały mu trzy córki — Hattie, Ida i Anne — w 1935 roku zmienił nazwę na Russ & Daughters, wtedy był to bardzo odważny, postępowy gest i nowoczesna decyzja, ponieważ była to pierwsza firma w Stanach Zjednoczonych, która ma w nazwie „Córki” / „Daughters”. Obecnie Russ & Daughters ma cztery lokalizacje i prowadzone jest przez czwarte pokolenie rodziny





  • Pokéworks — Poké  jadłam w kilku różnych miejscach w Nowym Jorku, ale to właśnie ta sieć knajpek z tym hawajskim przysmakiem najbardziej przypadła mi do gustu. Poké Bowl — to Hawajskie danie składające się, jak sama nazwa wskazuje (poké — po hawajsku „pokroić”), z pokrojonej marynowanej, surowej ryby podawanej na ryżu z różnymi dodatkami, takimi jak: świeże pokrojone mango, awokado, edamame, czy wakame. Najbardziej tradycyjne poké serwowane jest z tuńczykiem (aku), ale obecnie podaje się je z różnymi rodzajami ryb i owoców morza. Jest to pyszne i orzeźwiające danie, idealne na szybki i lekki lunch (ulubione mojej Mom <3). W Pokeworks można wybrać też różne warianty tej potrawy — Poké Burrito w wersji zawiniętej w nori; oraz Poké Salad — bez ryżu, natomiast ze świeżą zieloną sałatą.





  • Flip Sigi — to pierwsza w Ameryce Filipińska Taqueria. Ta mała knajpa, na West Village, prezentuje zupełnie nowe podejście do kuchni Filipińskiej, tworząc Filipińsko-Amerykański fusion. Serwują tam między innymi takie potrawy jak: tacos, burritos, bao, bowle i burgery. Jedzenie jest świeże i proste, ale z bardzo ciekawymi i czasem zaskakującymi połączeniami smaków, jest to na pewno interesująca i warta sprawdzenia kuchnia fusion.







  • Matsu Sushi — To miejsce pokazała mi moja mama chrzestna, podają tam podobno najlepsze nogi Kraba Królewskiego w Nowym Jorku. Co prawda nie mam porównania, czy faktycznie są najlepsze, ale mogę zapewnić Was, że są przepyszne!




  • Bar Pa Tea — jak już pewnie wiecie, kocham Bubble Tea, a połączenie Bubble Tea z lodami to już jakiś smakowy obłęd. Bar Pa Tea serwuje lody o smaku herbaty z dodatkiem perełek tapioki. Mają też różne sezonowe ciekawe smaki i kolory. 




  • Boba Guys — jest to amerykańska sieciówka z bardzo dobrą Bubble Tea, ja byłam na Canal Street Marketplace, tym samym, na którym znajdziecie Joes Steam Riceroll. Boba Guys stawia na smak, jakość i transparentność.





  • Sweet Moment NYC — mała i kameralna kawiarnia na Chinatown z sympatycznym klimatem i totalnie KAWAII kolorowymi kawami i herbatami, z obrazkami misiów, kotków i króliczków.




  • LROOM Cafe — To jedno z najbardziej Instagramowych miejsc na Manhattanie, co oznacza, że… oczywiście musiałam tam pójść. Jest to kawiarnia o przewodniej tematyce kwiatowów we wszystkich postaciach, w której można zobaczyć, dotknąć, powąchać, a nawet posmakować kwiatów. To sprawia, że serwowane tam napoje i desery dają wyjątkowe wrażenia smakowe i estetyczne. Dodatkową atrakcją jest na przykład kawa z drobinkami złota albo deser w gigantycznej wacie cukrowej i oczywiście można tam wypić lemoniadę pełną kwiatów. Miejsce jest miłe i bardzo fajnie urządzone, jedzenie i picie są dobre, ale niestety nie wybitne, a ceny wysokie; warto się przejść, dla doskonałego zdjęcia na Instagram. 






W tym roku też wybierałam się w odwiedziny do Kasi, próbować kolejnych pysznych potraw i odkrywać nowe miejsca. Chciałam zobaczyć też nową ekspozycję w Museum of Modern Art, w której znajduje się dużo więcej prac kobiet artystek, niestety koronawirus pokrzyżował mi plany… Teraz z niecierpliwością czekam, aż będzie można znów podróżować, a na razie zostaje tylko oglądanie starych zdjęć, wspomnienia i zwiedzanie online.





MOJE MELBOURNE, czyli podróż-wspomnienie do miasta dzięki, któremu jestem teraz tu.

lipca 09, 2020

MOJE MELBOURNE, czyli podróż-wspomnienie do miasta dzięki, któremu jestem teraz tu.


           Pobyt w Melbourne był punktem zwrotnym w moim życiu. To właśnie ten wyjazd popchnął mnie w stronę mojej ukochanej kuchni azjatyckiej. 






Do Australii wyjechałam pod koniec 2014 roku. Chodziłam tam przez pół roku do szkoły, pracowałam jako kelnerka w dwóch restauracjach i jadłam, jadłam, jadłam w znakomitych knajpach azjatyckich! Dostęp do tak dużej ilości zróżnicowanych barów i restauracji na świetnym poziomie sprawił, że zaczęłam się na poważnie interesować tym, co jem. Tam poznałam kuchnię koreańską oraz malezyjską i o dziwo, też częściowo japońską, bo choć byłam wcześniej w Japonii, to właśnie w Melbourne zjadłam po raz pierwszy japoński ramen, który naprawdę skradł moje serce.









Chciałabym Was zabrać w podróż po Melbourne takim, jakie zapamiętałam: sprzed sześciu lat i pokazać knajpy, dzięki którym robię teraz coś, co kocham i piszę tu do Was.

Jeśli wybieracie się do tego niezwykłego miasta na południu Australii, koniecznie sprawdźcie te miejsca (choć na pewno wiele się tam zmieniło przez ten czas i nie wiem jak te restauracje wypadają dziś na tle innych, to w mojej pamięci były to najlepsze miejsca w mieście). Wtedy jeszcze robiłam zdjęcia tylko hobbistycznie, telefonem, dlatego mogą czasem nie oddawać zapamiętanej pyszności, ale uwierzcie mi, że smakowało rewelacyjnie!







MOJE JEDZENIOWE MELBOURNE:


  • Mook Ji Bar — przyciągnięta kolejkami Koreańczyków, czasem nawet do godziny czekania, postanowiłam też odstać swoje — to był strzał w dziesiątkę. Potem stałam w tej kolejce jeszcze wiele razy! To był mój początek przygody z jedzeniem koreańskim — to tam zjadłam moje pierwsze w życiu bulgogi, w dodatku w wersji z kalmarami! Pierwszy hot pot koreański, w którym makaron udon mieszał się z kluskami instant i owocami morza w ostrej i gorącej zupie. Pierwsze KFC (Korean Fried Chicken), do tego z rozpływającym się, zapieczonym serem na wierzchu. Pierwsze tteokbokki, czyli gumiaste kluski ryżowe w ostrym, czerwonym sosie, a jako przystawki zawsze podawane były piklowane warzywa oraz małe rybki z miseczką ryżu. Ta niezwykła, ostra i zróżnicowana kuchnia stała się jedną z moich ulubionych podczas tego pobytu.






  • Tina’s Noodle Kitchen — to miejsce z gigantycznymi, syczuańskimi zupami, które po prostu uzależniają. Moją ukochaną była z piklowanym chilli i owocami morza — ostry pieprz syczuański, od którego mrowieje język, niemal wrząca zupa i znakomite świeże dodatki — ten smak pozostał ze mną na długo, wiele razy próbowałam go odtworzyć, niestety do dziś mi się to nie udało. 





  • Little Coconut House — czyli moja przygoda z kuchnią malezyjską. Ta mała knajpka specjalizowała się w zupach Laksa — kremowych, tonących w mleku kokosowym i lekko pikantnych, z dwoma rodzajami makaronu, owocami morza i kulkami rybnymi. Nigdy potem nie zjadłam już tak pysznej Laksy, nawet gdy byłam w Malezji (co prawda mój pobyt tam był bardzo krótki i nie zdążyłam odszukać tak dobrej knajpki i może  to jest przyczyną, a być może, po prostu, smak pierwszej Laksy tak bardzo wbił się w moje serce, że nic już nie było w stanie go zastąpić).






  • Pho Bo Ga Mekong Vietnam — to było moje ulubione Phở w Melbourne — z dużą ilością świeżych ziół, świeżą tajską bazylią i kiełkami. Jadłam tam przeróżne rodzaje Phở, na przykład z podrobami, z których moimi ulubionymi były z sercami lub z wątróbkami kurzymi. To połączenie bogatego, lekko tłustego bulionu z makaronem ryżowym, przełamanego orzeźwiającą tajską bazylią i świeżymi kiełkami było dla mnie idealnym połączeniem!





  • Shanghai Street — czyli mała chińska restauracja słynąca z pierożków i ręcznie wyciąganego makaronu. Zawsze trzeba było stać chwilę w kolejce, ale było warto. Ja pokochałam ich wegetariańskie pierożki z bulionem i kluskami. Niestety wtedy nie miałam jeszcze takiej wiedzy o jedzeniu i moje wybory były trochę „wyborami po-omacku” — smakowało mi to, wcinałam; teraz żałuję, że nie dowiedziałam się, co dokładnie znajdowało się w ich farszu, bo chciałabym bardzo odtworzyć ten smak (wydaje mi się, że chyba szpinak wodny z jakimiś magicznymi składnikami).







  • Little Ramen Bar — tuż obok Shanghai Street, była kolejna malutka knajpka, tym razem z japońskim ramen. Tu urodziła się moja miłość do tej bogatej i kremowej zupy. Ramen jadłam już wcześniej w Japonii, niestety zupełnie nie wiedziałam czym się kierować w wyborze tej zróżnicowanej zupy; myślałam, że każdy ramen jest podobny, ale jednak nie! Jedzenie w  pierwszym lepszym Ramen Barze skończyło się porażką, ponieważ nie trafiłam zupełnie ze swoim wyborem — za dużo mięsa, zbyt tłusto i mdło. Zraziłam się i uznałam, że jest to zupa jedynie dla wielkich miłośników tłustego mięsa i ja nie mam tu czego szukać dla siebie. Na szczęście Little Ramen Shop odmienił moje zdanie na temat tej wyrafinowanej smakowo potrawy. Ich Miso Ramen, był kremowy, bogaty w smaku i pyszny, a kluseczki cieniutkie i sprężyste, to była miłość od pierwszego siorbnięcia






  • Hakata Gensuke — kolejna restauracja z rewelacyjnym ramenem, niestety kolejki były zawsze na ok. godzinę czekania…. Jadłam tam czarny ramen, z czarnego sezamu i był niesamowity! To chyba był najlepszy ramen w Melbourne, ale te kolejki… 





  • Kolejne miejsce, o którym muszę wspomnieć to Gong Cha — jest to sieciówka z Bubble Tea — a ja kochałam ich mleczne herbaty z tapioką, moją ulubioną była oczywiście matcha i taro (filetowa mleczna herbatka ze słodkiego kuzyna ziemniaka (kolokazja jadalna)). Musiałam wspomnieć o tym miejscu, bo ma dla mnie szczególną wartość sentymentalną. Gong Cha było małym okienkiem, na wynos, na Swanston Street, więc razem z moją kumpelą Jenny brałyśmy ich Bubble Tea (oczywiście rozmiar XXL) i siadałyśmy na Bourke Street Mall. Najczęściej pod gigantycznym sklepem H&M, do którego wielkie betonowe schody zapełniały się ludźmi, którzy tak, jak my przesiadywali tam, jedli, pili, spędzali czas ze znajomymi, wsłuchując się i oglądając występny ulicznych muzyków. Tak właśnie pierwszy raz usłyszałam Tash Sultana, bardzo szybko stałam się jej fanką, na szczęście Tash grała tam niemalże codziennie, a ja kochałam Bubble Tea. I tak właśnie te schody w centrum Melbourne i bogate życie wokół nich — smaki, muzyka i ludzie zapisały się w mojej pamięci jako jedno z najcieplejszych wspomnień, doznań i obrazów. 


 Tash Sultana grająca na Bourke Street Mall.







  • Noodle Kingdom — to knajpa, jak sama nazwa wskazuje, z azjatyckimi zupami i kluseczkami. Muszę wspomnieć o tym miejscu, bo choć jedzenie było raczej… przeciętne, to restauracja była otwarta całą noc i nie raz uratowała mnie o 2—3 nad ranem, kiedy wychodziliśmy z klubów. W Australii kluby, na ogół, otwarte są do 3, na szczęście niektóre knajpy działają dłużej! ;)






  • Lentil as Anything Melbourne — to ostatnie, ale bardzo ważne, miejsce, o którym chciałabym opowiedzieć. Pomysł na tę restaurację powstał z marzenia, jakie miał Shanaka Fernando dla swojej lokalnej społeczności 20 lat temu. W 2000 roku założył on pierwszy Lentil As Anything (obecnie są cztery w Australii). Jest to miejsce, które daje jedzenie każdemu, kto przyjdzie (nawet bez pieniędzy). Restauracja ta serwuje dania wegetariańskie i wegańskie, posiłki wydawane są o konkretnych porach, więc  trzeba ustawić się w kolejce (czasem nawet po parę godzin czekania). Miejsce to funkcjonuje dzięki darowiznom, pracy wolontaryjnej wielu osób oraz idei „płacić, ile chcesz”, czyli płatności według stanu kieszeni, a nie cennika. Ruch przez nich stworzony, czyli Pay-As-You-Feel, wpłynął na wiele organizacji i społeczności, które wyznają podobne idee. W roku 2007 Shanaka dostał nagrodę Australia’s Local Hero/Social Challenger podczas rozdania nagród Australian of the Year. Lentil As Anything to niezwykłe miejsce opierające się na prospołecznej zasadzie posiłku dla każdego oraz idei, by dzielić się jedzeniem, tworzyć i współpracować, dbać o innych, szczególnie o słabszych, poza wszelkimi barierami i podziałami społecznymi i ekonomicznymi.






Dzięki tym wszystkim niezwykłym miejscom zyskałam zupełnie inne spojrzenie na znaczenie posiłku oraz jego społeczną i kulturową rolę. Inaczej spojrzałam na świat – poprzez kuchnie, które łączą ludzi ponad podziałami, różnicami, kulturami i kontynentami. 

Dziękuję, że byliście ze mną w tej podróży-wspomnieniu, mam nadzieję, że odwiedzicie, któreś z wymienionych miejsc, a jeśli nie, to chociaż nabierzecie smaka, żeby zjeść pyszne koreańskie jedzenie, dobry ramen lub zastanowicie się chwilę nad niezwykłą ideą Lentil As Anything, słuchając Tash Sultana.